marzec7

wspomnienia z daleka

dodano: 7 marca 2010 przez rozwaznaromantyczna


 

DOBRE CZASY

 

 

 

 

 

 

 

 

Marta Wyrwał,  Maynooth marzec 2010

Zamiast wstępu

 

         No i siedzę znów sama, oczywiście moim starym zwyczajem, robiąc wszystko co jest w mojej mocy aby tylko nie zajrzeć do porozkładanych na wielgaśnym stole podręczników. Jako osoba w stosownym wieku, krótko przed trzydziestką, powinnam mieć poukładane życie tak jak Pan Bóg przykazał i nie bawić się w Zosię samosie, podróżnika, nauczyciela i skrzyżowanie dobrej cioci Kloci z Jamsem Bondem.

         Z racji mojego nieokiełznanego charakteru ( jeszcze żaden facet nie wytrzymał tempa życia narzuconego przeze mnie i prędzej czy później z lekką zadyszką i obłędem w oczach kapitulował lub dezerterował możecie użyc też innego słowa) pod wpływem impulsu, chęci polepszenia sytuacji finansowej oraz przeżycia  kilku mniej lub bardziej budzących dreszczyk emocji przygód, spakowałam  torbę podróżną, która pamiętała czasy wypraw harcerskich, i z nosem wbitym w przewodnik, plecakiem na plecach, biletem i paszportem w zębach (jedyny wolny otwór, który nadawał się do tego typu czynności) ruszyłam na podbój wysp szczęśliwości - Irlandii.

 

 

 

 

 

 

 

Trudne początki

 

 

         Początki tak jak zawsze były trudne, i zanim znalazłam pracę, która usatysfakcjonowałaby moje wybujałe ego, wypłakałam morze łez uzupełniane systematycznie trunkami wzmacniającymi. Poznałam realia irlandzkiej biurokracji, czyli jej braku, co się chwali. Jakie było moje zaskoczenie kiedy załatwienie PPS-a lub numeru Tax zajęło nie więcej niż 2 minuty (łącznie ze staniem w kolejce). Musiałam wyglądać przy tym okienku jak Adam, który poraz pierwszy zobaczył Ewę nagą, bo pani popatrzyła się na mnie wzrokiem pełnym litości i kilkakrotnie powtarzała, że to już wszystko, ja natomiast twardo stałam na posterunku zadając to samo pytanie: Co mam jeszcze wypełnić?

Nauczyłam  się też przeklinać w trzech różnych językach na notorycznie spóźniające się autobusy, aż wreszcie ograniczyłam poruszanie się tym środkiem transportu do minimum.

No i co najważniejsze, poznałam ludzi, którzy zastępują mi rodzinę, na których pomoc, nocne rozmowy, towarzystwo i nigdy nie wyczerpaną chęć niesienia  pomocy w spijaniu wysokoprocentowych trunków, słowa krytyki i zachęty zawsze mogę liczyć, i o dziwo są Polakami.

 

 

 

 

 

Nasz (mój) mały świat

 

         Nasz świat, tymczasowe miejsce na ziemi, które nazywamy Domem przez wielkie D, to domek jednorodzinny ( o dziwo gnieździ się w nim siedem osób). Jak większość domów na osiedlu nie wyróżnia się niczym szczególnym, co w początkowym okresie mojej bytności przyprawiało mnie o nerwicę. Zdarzało się kilka razy, że wracając zmęczona z pracy, gdy po głowie kołatała mi się wizja mojego obolałego ciała  zanurzonego w kąpieli (wanna mikroskopijna, ale obijając kolanami brodę mieściłam się) trafiałam pod drzwi domu takiego jak nasz. Liczba okien, kształt  i kolor drzwi się zgadzał, ogrodzenie niby to samo, tylko że liczba i płeć mieszkańców o dziwo się zmieniała. Obecnie jak koń przemierzający codziennie tą samą trasę trafiam do tej przystani spokoju lub chaosu (zależy w jakim stanie rozkładu lub etapie godzenia są pary zamieszkujące górne pokłady) bez większych przeszkód.

         Dwie pary, jedna dolatująca i dwie singielki z wyboru ( faceci czekają grzecznie w Polsce) to stan zamieszkania na dzień dzisiejszy. Sylwia z Pawłem, Dominika z Darkiem, Artur z dolatującą Agnieszką ( lub on wylatujący) no i Ja oraz Gosia, których faceci wybrali rolę czekających cierpliwie panów na powrót swych księżniczek. Całe nasze towarzystwo mniej lub bardziej się lubi, ale trzeba szczerze przyznać, że tworzymy zgrany organ. Oczywiście tak jak każdy organ walczący z chorobami i nałogami tak i nas nieraz spotyka przeszkoda, z którą należy skutecznie walczyć. Robimy to wspólnie, z różnymi, mniej lub bardziej opłakanymi skutkami.

         Wspieramy się we wszystkim, począwszy od szukania pracy poprzez wysłuchiwanie jakich to wielkich krzywd doznaliśmy od życia, a skończywszy na opróżnianiu butelek z płynami wysokoprocentowymi.  Nie ma idylli i jak w każdej komunie są zgrzyty, no ale łącząc dobrą wolę z wysiłkiem intelektualnym, instynktem kobiecym, perswazją słowną i stoickim spokojem, zazwyczaj bez rozlewu krwi, wzywania gardy (ma dosyć pracy z tutejszą patologią) dochodzimy do kreatywnych rozwiązań.

 

Kuchnia

 

         Kuchni, poza swoją oficjalną rolą, przypadł zaszczyt pełnienia funkcji sali obrad, salonu (salon został zaadoptowany na wyższe potrzeby), oraz pokoju zwierzeń. To w niej siedząc przy prostokątnym stole( okrągłego nie posiadamy) dokonujemy rewizji naszych uczuć, wybebeszamy nasze troski i zmartwienia, pragnienia widzą światło dzienne lub sufitowe (uzależnione od pory dnia lub nocy), prowadzimy dyskusje poruszając wielkie tematy tego świata i te małe nasze, które nie pozwalają spać po nocach.  Nie przeszkadza nam to wcale w pichceniu. Jak wszystkim facetom wiadomo, tym co nie wiedzą to właśnie uzupełnią swoje braki wiedzy, kobiety mają to do siebie, że potrafią robić kilka rzeczy naraz i żadna z nich nie będzie pomniejszona o swoją ważność.

         Kuchnia to centrum życia naszej czwórki. Tutaj staramy się czekać na Gosię, która kończy pracę o bardzo nieprzyzwoitej porze. Ja jako znany skowronek padam w objęcia Morfeusza o godzinie 21.00 i tylko zapowiedź niespotykanego do tej pory wydarzenia jest w stanie przesunąć godziny mojego spoczynku.  To w kuchni krzyczymy na Pawła próbując go przekonać mniej lub bardziej trafnymi argumentami , że jak ukradziono mu dwa rowery to trzeci (prawie nówka) tym bardziej należy ukryć w miejscu niedostępnym dla podrzędnych amatorów dwóch kółek, czyli w kuchni.

        Też tutaj, siedzimy, każdy pogrążony w swoim małym świecie problemów od których wątroba wywraca się na lewą stronę, a trybiki mózgu chodzą w zawrotnym tempie, jak w wysokiej jakości komputerze (czy komputery mają trybiki)?

         Kuchnia to też pole  walki (szczególnie w weekendy) o dostęp do jedynej  pralki w mieszkaniu.  W weekendy gdy większość to szczęściarze i nie dane jest im parać się pracą zarobkową, wypełza ze swoich legowisk o porze gdy słońce już dawno przekroczyło zenit. Zaspani, marzący o tym aby ktoś dostarczył nam śniadanie do łóżka, ciągniemy za sobą kosze z tygodniowym praniem w nadziei, że pralka tylko czeka na przyjęcie naszej porcji brudów, lub też dokona się cud zwany ekspresowym praniem i suszeniem, bo należy wam wiedzieć, że cierpimy także na deficyt wolnych suszarek.

         Takich problemów nie posiadamy absolutnie z gotowaniem i dostępem do kuchenki.  Składa się na to kilka czynników.  Primo: naczyń do gotowania, smażenia, pieczenia, duszenia i do wszystkiego co wam się zamarzy robić z jedzonkiem mamy tyle, że gdybyśmy obdzielili nimi jeszcze jedną rodzinę to nie dane byłoby narzekać nam na braki.

Secondo: gotujemy w tak różnych porach dnia i nocy, że wyklucza to kolejki do kuchenki i bitwy o wyżej wspomniane gary.

Tercio: niektórzy z nas, włączając w to moją skromną osobę, czują awersję do gotowania dla samych siebie, i ograniczają się do diety, której danie pierwsze i drugie stanowią płatki tudzież musli z niezastąpionym jogurtem, natomiast na deser składa się szeroka gama wysokokalorycznych, niezdrowych słodkości, których nadmiar destrukcyjnie wpływa na moją figurę i samoocenę, no ale jakieś nałogi trzeba mieć.

         Sylwia jest bardzo systematyczną kucharką, która dla Pawełka gotuje obiadki, niestety nie można tego samego powiedzieć o Pawełku, no ale chłopak posiada inne talenta, które ujawnia w zaskakujących i najmniej oczekiwanych momentach.  Gosia natomiast para się zawodem kucharza wówczas gdy ma dzień wolny, a że zdarza się to tylko raz w tygodniu (nieraz zdarzy się cud i wówczas dwa dni) to widok jej przy gotowaniu jest rzadkością zakrawającą na miano fenomenu .

 

Salon

 

         Salon posiadaliśmy, ale już nie posiadamy. Otóż aby znaleźć miejsce tymczasowego przetrzymania Gosi (okazało się że to stały pobyt co wszystkim wyszło na dobre), jednogłośnie uznaliśmy, że najlepszym do tego miejscem (z racji braku innego) będzie salon. Po małym przemeblowaniu (w kuchni przybyła sofa bardzo wygodna i użyteczna) okazało się, że salon wyśmienicie będzie spełniał rolę pokoju, gdzie Gosia nie tylko będzie mogła oddać się w ręce Morfeusza (tak jak ja z racji mikroskopijności pomieszczenia, w którym przyszło mi spać), ale gościć osoby znanego lub też mniej znanego pochodzenia.

         W czasie meblowania pokoju objawiła nam się z pełną jasnością przewaga męskiego rozumowania i wyciągania wniosków nad kobiecą intuicją. Otóż pokoik Gosi posiadał już takie mebelki jak sofa i łóżko, którego role spełniał nadmuchiwany materac sztuk jedna. Jak wiadomo męskiej części społeczeństwa, żaden kobiecy pokój nie może się obejść bez mebelka, który pomieściłby nasze niezliczone ciuszki, fatałaszki i jak tam jeszcze męska rzesza je nazywa.  W sytuacji kryzysowej i tak nie mamy na siebie czego włożyć. Idealnie byłoby posiadać garderobę wielkości małego pokoju, no ale 99% z nas musi zadowolić sie mniej lub bardziej przestronnym meblem zwanym szafą. Tegoż to mebla brakowało w pokoju Gosi.

Używając swojego wdzięku młodszej siostry, groźby, prośby tudzież obietnic upichcenia smacznego obiadku, Gosia zmusiła swego brata do opuszczenia dziupli (pokój na poddaszu) i udania się z nią do bardzo oswojonego sklepu w celu zakupienia wspomnianego mebla. Jak jeszcze dowiedziałam się, że to on za ten zakup płacił, zdecydowałam się pobrać u niej kilka bezpłatnych lekcji obgłaskiwania braci. Posiadam ich czterech i z żadnym nie udało mi się zrobić tego czego ona dokonało w jedno przedpołudnie.

         Wspomniany mebel został przez Gosię wniesiony, ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu,  pod pachą w pudle 50 na 50,  mierząc w centymetrach. Producenci założyli z góry, że wykonawcami poleceń w instrukcji obsługi na pewno będą mężczyźni posiadający znajomość języka hebrajskiego, japońskiego, greckiego tu dzież angielskiego. Zapatrzone jak sroki w gnat,  z minami jakbyśmy conajmniej poraz pierwszy miały do czynienia z bezsensem  męskiej logiki , jednogłośnie orzekłyśmy, że złożenie takiej szafy to pryszcz, i z zapałem wzięłyśmy się do pracy. Pomijam fakt, że przez conajmniej minutę wpatrywałam się w instrukcję obsługi odwróconą do góry nogami.

Będę sie biła w piersi, i przyznam, że to był mój pomysł odsunięcia facetów od zajęcia, które zostało im zapisane i przekazywane w genach jeszcze po przodkach z epoki kamienia łupanego.

         Po długotrwałych zmaganiach z rurkami różnej długości, średnicy i formatu, kawałkiem materiału, pokrzywieniu kilku części objawił się naszym oczom Pawełek. Przyznam szczerze, że się ucieszyłam. Przez pierwsze pięć minut miał poważne problemy z rozróżnieniem części składowych. Starał się biedak jak mógł, dorobił nawet Gosi wywietrznik. Zapytany czy to, czyli rurka długości 30 cm pasuje tu i wskazał na dziurkę o ,średnicy 3 cm razem wydałyśmy werdykt tak oczywiście. W tej samej chwili kiedy Paweł zamienil słowa w czyn naszym oczom ukazał się widok rurki przebijającej materiał. Wszystkie wiedziałyśmy, że rysunek przedstawiał coś innego. W oczach Pawła można było wyczytać rozbawienie pomieszane z furią i obłędem, damska część ekipy "budowlanej" parsknęła śmiechem. Gosia skwitowała to jednym stwierdzeniem "no to teraz mam wywietrznik gratis".

Paweł ratując honor swoich przodków  wziął sprawy w swoje ręce. Pochylił się nad rysunkami, spojrzał nieprzeniknionym wzrokiem na twór, który stworzyliśmy i w pięć minut przy naszej minimalnej asekuracji stworzył szafę rozpinana na zamek z wywietrznikiem przeciwmolowym.

         Jaki ten świat niesprawiedliwy (znajdźcie mi tego, kto powiedział , że jest). W ten sposób nasza kobieca intuicja poniosła sromotna klęskę  w konfrontacji z męską logiką. Wyszło to oczywiście na dobre Gosi, która stała się właścicielką kunsztownej szafy mieszczącej skromną część jej garderoby.

 

 

Łazienka

 

         Z racji tego, że pięć osób dzieli pomiędzy siebie jedną łazienkę dzieją się pod nią dantejskie sceny. Szczęśliwie jestem z nich wyłączona, tylko dlatego, że wstaję o nieprzyzwoicie wczesnej porze pobiegać i cieszyć się chwilą samotności.  Wspomniane dantejskie sceny dotyczą głównie Gosi, która wstaje o porze lub kładzie sie spać w czasie gdy korzystać z łazienki chcą conajmniej jeszcze dwie osoby.

         Obiektem naszej zazdrości są Paweł i Sylwia,  którzy posiadają we własnych przyległościach mikroskopijnych rozmiarów pomieszczenie, które, jeżeli dobrze wytężymy naszą wyobraźnię możemy nazwać łazienką.  Dwie osoby na pewno jednocześnie nie są w stanie się w niej zmieścić, chyba że poćwiczą kalanetis z akrobatyką i wspinaczką skałkową.  No ale i tak mimo tych utrudnień spoglądamy na nią jak na obiekt pożądania.

         Osoby  korzystające ze zbiorowej  łazienki są narażone na wściekłe spojrzenia współtowarzyszy niedoli, którzy oczekują mniej lub bardziej cierpliwie za drzwiami. Pokrzykiwania, typu "dalej", "długo jeszcze",  w których słychać nuty prośby o litość, przytupywania podobne swoim rytmem do krakowiaka, walenie w rytmie grającego radia, to umilanie dnia osobie, która dokonuje porannych oblucji.  Osoba ta niewzruszona niedolą towarzyszy porusza się w tempie, na które pozwala jej poranny rozruch, czyli w niezbyt szybkim, nie pomijając żadnej z czynności.  Skończywszy czynności myjąco-czyszczące w pełni gotowa do podjęcia wyzwań dnia i nocy musi stanąć oko w oko  z rozwścieczonym tłumem, na których twarzach maluję się chęć mordu i obłędu.  Zawsze zwyciężają potrzeby fizjologiczne, więc Gosia spokojnie może realizować ustalony plan dnia, bez obrażeń cielesnych i psychicznych.

Osoby, które jeszcze kilka minut temu  ćwiczyły krakowiaka z przytupami i okrzykami, mające za główny cel morderstwo z premedytacją, zaspokoiwszy swoje potrzeby fizjologiczne zapominają o planie zemsty do następnego dnia.

Błogosławieni posiadający łazienki  na własny użytek, albowiem im zostanie odebrana chęć mordu i przymusowa nauka krakowiaka.

 

 

 

 

Praca

 

         Kończąc pewien etap życia, wyrastając z pieluch, buntowniczych postaw i uwalniając się od nadopiekuńczych rodziców, każdy z nas musi podjąć odważną decyzję o zapoczątkowaniu pracy zarobkowej.  Z czegoś trzeba żyć, utrzymać swoją skromną osobę, nie wspominając już o rozrywce, rodzinie, mieszkaniu (chyba muszę dorosnąć).

         Nie  ukrywajmy w 99% praca to zło konieczne, które musi stanowić część naszego doczesnego żywota, ale to nie znaczy że musimy ją lubić.  Najważniejsze, że zarabiamy taką ilość abyśmy nie musieli zapytani "Gdzie mieszkasz" odpowiadać "trzeci karton pod piątym mostem". Tak źle z nami jeszcze nie jest, ale pracy naszej ogólnie nie lubimy.  Ja jestem wyjątkiem i wówczas gdy na forum dyskusyjnym jest rozbierany na części pierwsze temat pracy i poziomu nienawiści do niej, ja siedzę cichutko uruchamiając moje pokłady empatii. Należy wam wiedzieć, że mój zawód wyuczony i wykonywany to nauczyciel. Wybrałam ten zawód z pełną świadomością , pełna pozytywnych emocji i naiwnych ideałów, które mimo wieloletniego wykonywania zawodu, nie uległy zmianie. Z wielu  lotnych pobudek, dla których wybrałam ten zawód, to ta, że liczba dni wolnych od pracy równa się (prawie ) liczbie dni pracujących, co wzbudza uzasadnioną zazdrość reszty mieszkańców.

Tak więc siedzę sobie cichutko, uczę się do egzaminu i w wolnym czasie piszę (lub odwrotnie).

         Sylwia, zawód wyuczony nauczyciel, wykonywany sprzedawca w sklepie z akcesoriami do telefonów komórkowych. Sklep to zbyt wiele powiedziane. Jest to stoisko mikroskopijnych rozmiarów na środku pasażu handlowego gdzie poziom decybeli już od godzin porannych przekracza dopuszczalną granicę conajmniej dziesięciokrotnie. Najgorsze dla nas są poranki. Sylwia z wymalowaną prośbą  "ratujcie nie zmuszajcie mnie do wyczynów bohaterskich z samego rana" stara się wmusić w swoje chuderlawe ciało śniadanie i herbatę z niezliczona ilością łyżeczek cukru. Następnie poświęca niezliczoną ilość czasu na dopasowanie ubioru do nastroju i pogody jednocześnie.

         Gosia to fenomen. Jak długo z nią mieszkam  ( jeju to już cztery miesiące i jeszcze się nie pozabijałyśmy) nie słyszałam pozytywnego słowa na temat jej pracy. W zależności od humoru osoby układającej roster jest ona albo sprzedawcą, albo osobą robiąca kanapki (kanapkowy?). Jak nie klienci do bani , czepiający sie małej ilości bekonu  w kanapce to współpracownicy, z którymi nie da sie pogadać (bariera językowa?). Tutaj to jeszcze mogłabym podyskutować i wysunąć kilka kontrargumentów, jednak z godzinami jej pracy wcale sie nie odważę. Praca od godziny 14 do 22 to koszmar, wyzysk, znęcanie się nad człowiekiem. Jak w takich warunkach prowadzić życie towarzyskie, mieć czas na przyjaciół i dla samej siebie.  Tak więc gdy Gosia zapytana jak tam w pracy (staram sie unikać tego pytania) wyrzuca z prędkością karabinu maszynowego obelgi na temat wszystkich pracodawców świata, przybierając przy tym minę mordercy w szale obłędu, to znaczy, że tydzień nie był udany a następny nie zapowiada się najlepiej.

         Pawełek to następny fenomen. Zawód wyuczony nieokreślony, wykonywany także nieokreślony. Wówczas gdy ja po porannej przebieżce i prysznicu delektuję się w spokoju  śniadaniem i kawunią słychać pierwsze symptomy przebudzenia Pawła (trudno nie słyszeć jak jego pokój znajduje się nad kuchnią). Po pięciu minutach  od pierwszych  szurań, spuszczania wody, wydawania bliżej nieokreślonych dźwięków, Pawełek zbiega zadyszany ze schodów z obłędem w oczach w pełni gotowy do wyjścia, oczywiście burząc mój spokój.  Tradycyjnie dopada szafki, z której w plecaku lądują: chleb, masło czekoladowe, sztućce. Następnie przecina po przekątnej  kuchnię i dopada lodówkę, z której w przepastnej torbie lądują inne produkty nadające sie do spożycia na przerwie.  Słowo śniadanie  w języku Pawełka nie funkcjonuje. Wyprowadza swój pojazd ( o ile nikt go nie ukradł)i udaje się do pracy. Ogólnie stosunek Pawełka do pracy jest obojętny. Wykonuje minimum pracy, nie kala sie zbyt często pracą w soboty a o niedzieli nie ma co wspominać, no i nawet jest umiarkowanie zadowolony.

         Praca to w naszym wypadku środek, przy pomocy którego staramy się osiągnąć cele, marzenia wyśnione, nakreślone jeszcze przed przyjazdem.  Mniej lub bardziej udolnie w pocie czoła, w ogromie przekleństw, łez i krwi       ( chyba się zagalopowałam) próbujemy je osiągnąć. Co rano z nadzieją spoglądamy w przyszłość dziękując za to , że mamy siebie ( ja bynajmniej dziękuję).

 

 

 

 

 

 

 

 

Pieniądze

 

         Pieniądze rzecz nabyta. Tak jak każdą rzecz nabytą  traktujemy z odpowiednim szacunkiem, tym bardziej, że nabywamy ją w pocie czoła, mozolnym trudzie codziennej harówki. Plany mieliśmy ambitne: przyjechać, uzbierać i wyjechać. Przyjechać przyjechaliśmy, ze zbieraniem (oszczędzaniem) różnie bywa, a wyjedziemy w terminie  nieco oddalonym w czasie i przestrzeni.

Krótko po przyjeździe, każdy z nas oszczędzał jak mógł i na czym mógł oczywiście w granicach rozsądku i ludzkiej przyzwoitości.  Jednak w niedługim czasie naszym oczom ukazał się niczym nieograniczony  ( pomijam w przypadku Sylwii Pawełka, na którego też są sposoby) świat zakupów, rozrywek tudzież literatury i sztuki pięknej, który przy naszych zarobkach stal otworem.  W niepamięć (tylko na czas szału zakupów) poszły  plany systematycznego oszczędzania na lepszą przyszłość (żyliśmy czasem teraźniejszym).

         Panie odkryły  świat ogromnych centrów handlowych, w których za przyzwoitą cenę można ubrać się od stóp począwszy a na nakryciu głowy skończywszy. Jeden sobotni lub niedzielny wypad do centrum stolicy kończył sie uszczupleniem naszych zasobów finansowych  o niewiarygodną sumę , powodując następnego dnia kaca moralnego. W takich przypadkach męska część załogi groziła założeniem lokaty, oczywiście tylko na ich imię i nazwisko, natomiast płeć przeciwna wspominała szeptem o kupieniu porcelanowej świnki skarbonki.

         Oczywiście nie jesteśmy, aż tak rozrzutne aby wydać całą pensję na kilka ciuszków (pomijam produkty niezbędne czyli kosmetyki), by pod koniec pracowitego dnia  spytać swego lubego lub siebie samą: " to za co my teraz będziemy żyć"?

Ja i Gosia  jesteśmy o niebo w lepszej sytuacji niż biedna Sylwia, która wydatki musi konsultować z Pawełkiem, lub też ( do czego posuwa się częściej) posłużyć  się  kilkoma mniej lub bardziej udanymi sposobami przekonywująca lubego do sensowności i niemożności życia bez dokonanego zakupu.

Pierwsza z nich wymaga od nas kobiet wysiłku intelektualnego, do którego jak wiemy zostałyśmy powołane,  i opanowania sztuki ukrytej sugestii i kłamstwa w jednym. Po prostu mozolnie dokonujemy prania mózgu ukochanej osoby wmawiając mu, że określona część ubioru jest nam niezbędna wręcz do życia, z tym że zakupu już dokonaliśmy i spokojnie oczekuje na ujrzenie światła dziennego. W tym przypadku cierpliwie czekamy, aż Pawełek lub też inny okaz gatunku męskiego, wydusi z siebie zdanie " kochanie kupiłabyś sobie...... (tu pojawia sie nazwa  ubioru, który cierpliwie czeka w ukryciu). Następnego dnia dokonujemy prezentacji wyciągniętego z dna szafy zakupu.

Metoda niezawodna przy zakupie holendernie drogich butów, lub  kusej sukienki to wieczorna prezentacja.  Wystarczy założyć zakupione buty na wysokim obcasie do tego  kusa koszulka, sukienka (tutaj wyobraźnia sama podpowiada kilka pomysłów) i ukochany nawet nie zapyta o cenę nie wspominając czy na pewno te buty były nam niezbędne (najbardziej banalne i niezrozumiałe pytanie).  Metoda ta ma same plusy. Nie dość że nasz zakup został zaaprobowany, bez zbytecznych pytań, to jeszcze na pewno zażyjemy trochę rozkoszy.

         Stwierdzam, że jesteśmy fenomenalnie nieoszczędną grupą, gdyz w naszym przypadku nawet poszukiwanie śrubki do roweru nr 8 ( chodzi o śrubkę nie rower) kończy się w restauracji (nie byle jakiej) przy suto zastawionym stole. Wychodzimy z założenia, że to co teraz przeżyjemy, zobaczymy, zakupimy już sie nie powtórzy. Drugiej szansy nikt nam nie da a wspomnienia zostaną do końca, bo czymże byłoby życie bez wspomnień? Pustym kielichem, z którego przyszłe pokolenia nie będą mogły korzystać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dni Wolne od pracy

 

 

         Praca pracą, ale nie samą pracą człowiek żyje. Posiadamy w swoim  życiorysie jeszcze coś takiego jak offy, czyli dni wolne od pracy. W takie dni za cel nadrzędny stawiamy sobie  pobicie rekordu w długości czasu, który spędzimy w łóżku ( co tam robimy nie wnikam).  Zdarzają się jednak takie dni, w których jednogłośnie podejmujemy decyzję o wypełznięciu z domku  i zobaczeniu kawałka Irlandii.

         Ostatnia nasza wyprawa zawiodła nas do Bray. Podkreślę, że była to wyprawa spontaniczna, nieplanowana, niepoprzedzana żadnymi debatami na temat co należy zapakować do toreb i jak sie ubrać ( dyskusja na temat ubioru absolutnie bezsensowna, bo tutejszej pogody nie da sie przewidzieć jak reakcji kobiety).  W niedzielny poranek wciągnęliśmy nasze ciała na widok publiczny o grzesznej porze i racząc sie śniadaniem marzyliśmy o powrocie do ciepłych wyrek. Niestety słowo się rzekło i należało stanąć na wysokości zadania.  Najgorszy etap podróży ( w naszym wypadku) to wyjście z domu, a uściślając oczekiwanie na Sylwię.

Wszyscy zwarci i gotowi do wyjścia w pełnym ekwipunku, przygotowani na zmienną pogodę Irlandii , czekamy aż Sylwia dokona ostatnich poprawek w makijażu i stwierdzi czy na pewno wszystkie części garderoby pasują do siebie kolorem i fasonem. Zazwyczaj zajmuje to około pół godziny, w której Pawełek ubrany jak na zimę polarną zaczyna  się pocić, moje  pokłady cierpliwości zaczynają sie wyczerpywać, a Gosia z nieokreślonym wyrazem twarzy wpatruje sie się w dal.  Kiedy zamkną się za nami drzwi domu wiadomo, że podróż dojdzie do skutku, chyba że napotkają nas nieprzewidziane opady atmosferyczne.

         Podział obowiązków jest bardzo jasny: ja, jako zagorzała chodziarka, nadaje odpowiednie tempo podróży, Sylwia posiadająca zmysł prawdziwego artysty amatora jest zobowiązana uwieczniać naszą podróż na zdjęciach, Pawełek co pewien czas zadaje pytanie a może byśmy coś zjedli, uświadamiając nam, że na głodnym żołądku daleko nie dojdziemy, natomiast Gosia ściąga na siebie  spojrzenia co bardziej przystojniejszych facetów.

         Po dotarciu do przystanku kolejki podmiejskiej (DART) stanęliśmy przed skomplikowaną w obsłudze maszyną do wydawania biletów.  Liczne próby odnalezienia na liście miejsca docelowego, następnie wyboru odpowiedniego rodzaju biletu i wrzuceniu lub wsunięciu pieniążków w odpowiednią dziurkę specjalnie do tego przeznaczoną, uwieńczone zostały sukcesem. Dokonaliśmy zakupu biletów w liczbie cztery. Przewodniki obiecywały niezapomniane  widoki  w czasie jazdy, jednak początki nie były obiecujące. Wówczas, kiedy znudzeni obserwowaniem bliźniaczych domów mijanych  za oknem, zaczęliśmy pałaszować zapasy  jedzonka, przezornie zakupionego przez Sylwię. Z pełnymi ustami mieszanki mączno - czekoladowej w pewnym momencie z okrzykiem zachwytu przykleiliśmy twarze ,pozostawiając ich odciski  jako dowód naszej bytności na szybach.. Widok był zapierający dech w piersiach, wszyscy wydaliśmy okrzyk zachwytu . Sylwia nie omieszkała zapomnieć o wykonaniu zdjęć, a kiedy powróciła do stanu  rzeczywistości było już za późno.

         Dotarłszy na miejsce  naszym oczom ukazał się  niesamowity widok kamienistej plaży  i  błękitnego oceanu.  Mnie oczywiście na wstępie urzekła góra majacząca w oddali z krzyżem na jej szczecie. Gdyby nie przekonujące argumenty towarzyszy podróży,  i wyraz  obłędu i niedowierzania malujący się na ich twarzach swoje kroki skierowałabym odraz w jej kierunku.

Pawełek głosem nieznoszącym dyskusji ( co zdarza się bardzo rzadko) stwierdził, że bez odpowiedniego posiłku nawet nie spojrzy w kierunku tej góry, a co dopiero na nią wchodzić.  Chcąc nie chcąc następnym przystankiem naszej czwórki stała się pizzeria o wojowniczej nazwie Appache.  Wchodząc do restauracji zdarzyłam się z autentycznych rozmiarów rzeźbą, która mogłaby być wzięta (gdyby wypić odpowiednią  ilość trunków wysokoprocentowych) za podobiznę Indianina.   Wystrój nijaki, jedzenie nijakie, obsługa nijaka, towarzystwo doborowe.  Jedynym akcentem, który wzbudził powszechny śmiech było pomylenie przez Pawełka wizerunku Pani Indianki z Panem Indianinem, co zaowocowało naruszeniem spokoju zaspokajania potrzeb fizjologicznych w damskiej toalecie.

         Po obfitym posiłku chęć zdobycia góry zmalała wprost  proporcjonalnie do wielkości zjedzonego posiłku, jednak słowo się rzekło.  Mozolnie ruszyliśmy przed siebie modląc się o niespodziewane opady deszczu, które w sytuacji czystego nieba i oślepiającego słońca, były jedynie pobożnym życzeniam.  Podział na dwie grupy wspinaczkowe dokonał się bez rozlewu krwi w sposób całkowicie naturalny.  Ja i Gosia, która marsz ze mną potraktowała jako pokutę za przeszłe i  przyszłe  grzechy ruszyłyśmy  w równym tempie pozostawiając Sylwię i Pawła w pewnej odległości, która to odległość z biegiem czasu systematycznie się wydłużała.  Zakochana para wybierając tempo umiarkowanie powolne   zniknęła nam z oczu po około minucie wędrówki. Uznawszy, że są dorośli i  pozostawieni sami sobie krzywdy żadne ich nie spotkają, postanowiłyśmy zaczekać na maruderów na szczycie majaczącej w oddali góry. 

Sapiąc, dysząc, używając wszystkich kończyn, ryzykując własne i cudze zdrowie, osiągnęłyśmy zamierzony cel.  Nasza ambicja nie ucierpiała, natomiast  byłam święcie przekonana, że następnego dnia będę znała rozkład wszystkich moich znanych i nieznanych do tej pory mięśni. Na Gosi twarzy malował się wyraz ulgi  i groźby. Podejrzewam, że groźba zostałaby wypowiedziana niecenzuralnym językiem polskim, gdyby nie fakt, że odebrało nam mowę na widok  bezkresu oceanu i jego piękna, który roztaczał sie przed nami i pod nami.

Czekając na maruderów postanowiłam nie marnować czasu i poskakać po innych mniej groźnych górkach, natomiast Gosia, której nie śmiałam zaproponować tej rozrywki, postanowiła odpocząć w promieniach popołudniowego słońca walcząc z porywistym wiatrem.  Wówczas gdy obeszłam i zobaczyłam wszystko co było możliwe bez zbytniego oddalania się od  bazy wypadowej, moim oczom ukazał sie widok wdrapujących się na górę Pawła i Sylwii (przyznam, że zaczynałam sie o nich bać).  Z racji tego, że wiatr swoją ciepłotą nie zbliżał sie nawet do ciepłoty promieni słonecznych, wciągnęliśmy na nasze ciała wszystko co mogło nas chronić od przenikliwego zimna, i tak opatuleni stanęliśmy przed obiektywem aparatu Sylwii.  Sylwia wczuła się w swoją role i zanim pstryknął flesz musiała być pewna, że widok odpowiedni, że żadne nieodpowiednie osoby nie znajda się w zasięgu  obiektywu, no bo z naszym wyglądem zbyt wiele zrobić nie mogła.  Po sesji zdjęciowej Pawełek oświadczył, że trzeba coś zjeść, a że w pobliżu nie było niczego co by serwowało ciepłe lub nawet zimne posiłki, należało zejść ze szczytu i poszukać miejsca, które odpowiadało by naszym potrzebom.

Schodząc z góry Sylwia upamiętniała z zaciekłą pasją fotografa amatora każdy szczegół przyrody ożywionej i nieożywionej. Szczególne zainteresowanie nas wszystkich wzbudziło powalone, uschnięte drzewo. Pawełek sugestywnie ocierając sie o pewną wystająca część konaru pokazał do jakich czynności, dalece odbiegających od zamierzonych, można wykorzystać wspomniany wiatrołom. Postanowiłyśmy sugestie Pawełka pominąć zbiorowym milczeniem, kładąc jego zachowanie na karb wyczerpującej wędrówki, która zachwiała jego równowagę psychiczno-fizyczną.  W tej sytuacji obarczony został wykonaniem kilku zdjęć, a my przyjęłyśmy rolę modelek. Sylwia oczywiście do zadania podeszła bardzo poważnie, na każdym zdjęciu gdzie ja z Gosią wychodzimy z minami jakby brakowało nam piątej klepki lub najadły się szaleju, Sylwia niestrudzenie pozuje do zdjęcia bez wymuszonej gracji i z uśmiechem Monalizy.  Zdjęcia przyznam wyglądają jak dwa sklejone do kupy.

         Po odnalezieniu odpowiedniego lokalu, zajęciu miejsc przy śmietnikach (inne były zajęte), raczyliśmy sie namiastką kawy late i lodami, co u Pawełka ( już mnie to nie dziwi) wzbudziło podtekst seksualny, a Sylwia  sugestywnie zaczęła "jeść" swojego loda( ponoć robi tak z przyzwyczajenia). Wzbudziło to powszechny śmiech i było jednocześnie sygnałem, że tak długie i wyczerpujące podróże nie wychodzą na dobre naszemu zdrowiu psychicznemu i wzbudzają głód innej natury.

          Podróże kształcą, każde, małe i te duże. Uczą czerpania radości z przebywania z ludźmi, umacniają przyjaźń i są źródłem niezapomnianych wspomnień. Podróżujcie, bo co będziecie wspominać?

 

 

 

 

 

 

Zakupy produktów codziennego użytku

 

 

         Osobny rozdział naszego życia  na wyspie szczęśliwości stanowią wyprawy  po zakupy do oswojonego supermarketu.  Jak określiła go Gośka super to może on nie jest,  ale market na pewno.

Wyjścia do sklepu odbywają się z racji różnorodności godzin kończenia pracy, w późnych godzinach wieczornych.  Podążamy ustalonym szlakiem, zwartą grupą poruszając tematy mniej lub bardziej ambitne,. Wszystko zależy od poziomu wyczerpania naszych szarych komórek, chęci podejmowania rozmowy i ciekawości różnych tematów.  Zbiorowe wyjścia nie wynikają jedynie z chęci spędzenia ze sobą czasu, ale z przyczyn  czysto ekonomicznych.

Otóż ciężar zakupów w takim przypadku rozkłada się w sposób równomierny na cztery osoby.  Sytuacja diametralnie uległa zmianie gdy Pawełek z Sysią dokonali zakupu roweru. Kobieca część grupy została odciążona wielokilogramowymi zakupami, natomiast Pawełek jako jedyny przedstawiciel męskiego gatunku w naszej grupie przejął na siebie rolę tragarza.  Wówczas gdy żeńska część towarzystwa zajmuje się plotkowaniem o wszystkim i niczym,  Pawełek w pocie czoła stara się dostarczyć zakupione produkty w całości do domku, co nieraz mu się nie udaje. Ostatnio , dowiózł przetarty bochenek chleba bez przecierania torby.

         Każdy zakup jest poprzedzony zaciętą dyskusją, w której są używane wszystkie argumenty począwszy od podważania upodobań kulinarnych poprzez naukowe rozprawy na temat wyższości smakowej wołowiny nad wieprzowiną. Na szczęście  ze względu na mój wstręt do spożywania potraw mięsnych zostałam w sposób naturalny wyłączona z dyskusji. Nie zdarzyło się chyba nigdy abyśmy ze sklepu wychodzili ze wszystkim co chcieliśmy zakupić, jednak na pewno wśród naszych pakunków znajdują się rzeczy, których absolutnie nie chcieliśmy zakupić.

         Nie istnieje coś takiego jak spokojne wyprawy na zakupy.  Ostatnio w drodze do sklepu Pawełek niespodziewanie zaczął iść krokiem  dostawnym wymachując  rękami i wydobywając nieartykułowane dźwięki.  Następnie ni  stąd  ni  zowąd  stwierdził, że musi opróżnić dzban ( nie wtajemniczonym podpowiadam, że chodzi o zaspokojenie potrzeby fizjologicznej). Z niedowierzaniem zapytałyśmy, gdzie ma zamiar dokonać tej czynności? Pawełek nie wzruszenie stwierdził pokazując na ulicę tu jest street, następnie wskazał na ścianę i powiedział tu jest wall, a więc załatwię swoją potrzebę pod wall street w rogu. Jak powiedział, też tak zrobił.

         Tego samego dnia, bazując na bardzo dobrym humorze, który udzielił się wszystkim dokonaliśmy zakupu myszek żelowych o długich ogonkach, które swoim wyglądem bardziej przypominały nietoperze.  Podążając w kierunku przystanku autobusowego pałaszowaliśmy myszy na różne sposoby: ssąc, gryząc, rozciągając, przegryzając, wciągając, a na połykaniu  całościowym kończąc. Odbywało się to oczywiście przy odpowiednim akompaniamencie werbalnym. Ostatnia myszka miała pozostać w autobusie jako pamiątka naszej bytności, ale ostatecznie została porzucona w przydrożnym ogrodzie. 

         Nieobce jest nam też poszukiwanie jednego konkretnego artykułu po całym rozległym mieście, aż w końcu okazuje się że bez zbędnych ceregieli  można go kupić w oswojonym sklepie.

Pewnego słonecznego dnia przy konserwacji świeżo zakupionego, niezbyt nowego  roweru Pawełek dokonał  całkowitej dewastacji  śrubki rozmiar 8 mocującej siedzonko do reszty pojazdu.  Podążając za logicznym tokiem myślenia skierowaliśmy swe kroki do mniej lub bardziej znanych nam sklepów rowerowych. Nasze zaskoczenie nie miało granic, a wyraz ogłupienia na twarzach pozostał na długo, gdy panowie wyraźna angielszczyzna tłumaczyli nam, że w sklepie rowerowym można dokonać  zakupu  roweru tudzież konkretnej części rowerowej, ale nie wyżej wspomnianej śrubki, która nie jest częścią składową roweru, nie wspominając już o nakrętce.

Przez dwa kolejne dni nasze poszukiwania  nie przyniosły zamierzonych rezultatów. Wreszcie w niedzielny wieczór Pawełek oświadczył, że on pierdoli i jak mu ukradli dwa rowery  to on może ukraść śrubkę z niczyjego roweru stojącego w jego pracy.  Jak powiedział tak zrobił.  Po przywłaszczeniu niczyjej śrubki, kilka dni później podczas poszukiwania artykułu całkowicie odmiennej natury nasze kroki skierowaliśmy do sklepu o skróconej nazwie B&Q. Gubiąc się w meandrach korytarzy, w pewnym momencie stanęliśmy jak wryci przed ścianą od góry do dołu prezentującą szeroki asortyment śrub, śrubek, nakrętek, podkładek itp. Pawełek uszczęśliwiony dokonał odpowiedniego zakupu, solennie przyrzekając, że przywłaszczoną śrubkę odda. 

 

 

 

                  

 

 

 

 

Słyszalne niesłyszalne

 

 

         Mieszkając w domu o tekturowych ścianach ( wcale nie chodzi mi o karton) kilka rzeczy jest ewidentnie zabronionych. Po pierwsze absolutnie pod żadnym pretekstem nie wolno nam rzucać przedmiotami ciężkimi w ścianę, gdyż wówczas dorobimy się okna w ścianie o kształcie przedmiotu, którym rzucaliśmy lub co gorsza pozbędziemy się ściany działowej co może zaowocować złożeniem domu w kostkę o wymiarach nie przekraczających placu zabaw dla dzieci.

Po drugie całkowicie, pod groźba kar cielesnych zabronione jest wspominanie o tym co się słyszy w czasie bezsennych nocy, a można usłyszeć dosłownie wszystko. Poprzez nieskończone wyliczanie liczby gości zaproszonych na ślub, ile ciocia Genia ma córek, kto z kim i dlaczego akurat ten a nie inny zaszczyci swoją obecnością planowana imprezę skończywszy rozmowę stwierdzeniem, że lepiej będzie jak ślub w ogóle się nie odbędzie.

Oczywiście na porządku nocnym są kłótnie, o których przy porannym spotkaniu nie można dać po sobie poznać, że się wie.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wizyta Adama

 

         No i nareszcie się doczekaliśmy. Późną nocą przybył w nasze gościnne progi z trzytygodniową wizyta Adam, chłopak Gosi. Muszę przyznać, że zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie. Ułożony, dobre maniery, nie narzucający się koleś o wyglądzie misiaczka. Przy porywistym temperamencie Gosi to całkowita odmiana, tak jakby połaczyć ogień z wodą. No ale najwazniejsz, że nieźle się dogadują chociaż z boku wygląda to jakby Gosia tłumaczyła co chce zrobić a Adam tylko przytakuje lub ugodowo milczy. Reszta bandy ponad głowami zainteresowa




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Nie ma jeszcze komentarzy - wyraź swoją opinię jako pierwszy